Wiosna

Zaczęła się u nas na dobre. Dzień wolny po dyżurze. Popedalowalam do sąsiedniej wsi do dentysty i nie chciało mi się wracać do domu. Ale było tak pięknie, ze wróciłam i umościła się na tarasie w słońcu. I tak sobie siedzę i gapie się na świat. Jest bardzo cicho i przyjemnie. Tubylcy jeszcze nie zaczęli myć tarasów i łódki śpią resztka zimowego snu. Bez i wisteria pokazują, ze będą w tym roku znów kwitnąć. Oleander i japoński klon przeżyły atak zimy. Kot od sąsiadów przyszedł się połasic. Sprzątaniem będę się zajmować w Wielkanoc. Towarzysko nadal nic nam nie wolno. Wyjazdowo tez nie. A póki co będę sobie tak siedziała pijąc wino i napawała się cisza.

Obudzony do życia japoński klon

Lisek chytrusek

Już był w ogródku już witał się z gąską… tak to było.

Mama jest już zaszczepiona i w związku z tym faktem pandemia się dla niej skończyła. Dla niej może tak, chociaż na chwile zamilkła gdy jej powiedziałam, ze dzięki szczepieniu, jeżeli zachoruje to ma szanse przeżyć. Mam nadzieję, ze zrozumiała. Co dwa dni chce się dowiedzieć kiedy przyjadę do Warszawy. I ja jej za każdym razem odpowiadam, ze nie wiem, ze lock down, ze mi nie wolno tak sobie z wizyta jeździć, żeby przyjechać muszę się cztery razy testować – dwa razy przed wyjazdem i dwa razy przed powrotem, nie mówiąc już o kwarantannie, no i ja nie jestem jeszcze zaszczepiona. I nie wiem kiedy to się stanie.

I tutaj zaczyna się bajka o lisku chytrusku. Nie będę się wdawała w szczegóły planu szczepień w Holandii bo za każdym razem jak o tym myślę to muszę używać niecenzuralnych słów, z których “burdelik” jest jednym z najłagodniejszych. U nas w szpitalu zaszczepiono kolegów z intensywnej terapii, oddziałów covidowych i izby przyjęć. Szczepionek było i jest za mało. My wypadliśmy z pierwszej puli, chociaż z zarażonymi pacjentami mamy regularnie do czynienia. Pare dni temu jeden z moich kolegów został wezwany do trudnej intubacji na intensywnej terapii. Po powrocie skomentował, ze był on tam najstarszy, z grupy ryzyka i jedyny nie zaszczepiony. Przed weekendem dowiedzieliśmy się, ze będziemy mogli w trybie przyspieszonym ( w ciagu tygodnia) zostać zaszczepieni. “Już był w ogródku”. Wpisaliśmy się na listę i dostaliśmy maila o tym jak procedura będzie wyglądała. “Już witał się gąską” . Dwa dni później okazało się, ze nic z tego, bo Astra Zeneca nie dostarczy zamówionej ilości szczepionek. Dzisiaj rano w wiadomościach, ze Astra Zeneca szczepionki dostarczy. Na temat mojego szczepienia cisza. Taki stres generalnie nie robi dobrze na głowę.

Właśnie mija rok od początku pandemii i końca nie widać. Ludziom jest coraz trudniej trzymać się zakazów zwłaszcza, ze nie bardzo wiadomo co jest ich celem. Mój balans pomiędzy praca a życiem prywatnym okropnie się w ciagu roku zaburzyl i mniej więcej normalne funkcjowanie kosztuje mnie dużo wysiłku. Mam bardzo mało tolerancji na głupoty. Wczoraj w pracy koleżanką lekarka opowiedziała ze śmiechem, ze jej syn utknął w Południowej Afryce. Utknął bo od tygodnia jest zakaz lotów. Zapytałam co on tam robi i usłyszałam, ze pojechał w odwiedziny do dziewczyny. Szczęka opadła mi na podłogę i nadal tam leży. Koleżanka lekarz, jej mąż lekarz, syn student lat 20, pandemia, zakaz podróżowania. Poleciał bo kupił bilet na samolot.

Gołoledź

Po paru zimowych dniach kiedy cała tubylcza ludność ubrała łyżwy i szusowala po zamarzniętych jeziorkach i kanałach przyszła odwilż. Za dwa dni ma być plus 10. Ale zanim to nastąpi mamy stan przejściowy. Bardzo się cieszę, ze mam dzisiaj dzień wolny po weekendowym dyżurze i nie musiałam się o świcie ślizgać do pracy.

Zasypało

Od wczoraj pada śnieg i wieje przenikliwie zimny wiatr. Zasypało nas na cacy. Na moim skrzyżowaniu pod domem właśnie zakopały się jednocześnie trzy samochody. Zastanawiam się jak dotrę jutro do pracy. Mój samochód nie na napędu na cztery koła i nie mamy w domu łańcuchów śniegowych. Transport publiczny w Amsterdamie nie jeździ do jutra. Na piechotę mam osiem kilometrów. Na rower nie wsiądę za żadne skarby. jutro mam dyzur.

Dwie godziny temu…
Domowy taras
U sąsiadów

2021

Motto na nowy rok – nie zamartwiaj się tym nad czym nie masz kontroli.

Nowy rok się zaczął ale ja czuje jakby był przedłużeniem starego roku. Bo póki co jest jak było i kwieciste metafory o światełku w tunelu nie napawają mnie wielkim optymizmem. Na okoliczność tego nowego roku postanowiłam nie robić noworocznych postanowień tylko od czasu do czasu postanowić sobie coś małego i łatwego do zrealizowania. Na przykład “dry January”. Dzisiaj dzień 17. Pomagam sobie brytyjska app która przelicza moje niewypite kieliszki wina na kalorie i pieniądze. Kalorie są jak najbardziej realne. Pieniądze tylko wirtualne ale działają na wyobraźnię. Na koniec miesiąca uzbieram sobie na nowa torebkę.

Wczoraj po południu spadł u nas śnieg. Poszliśmy z Szanownym późnym wieczorem pochodzić po okolicy i popatrzeć na to bajkowe zjawisko. Uwielbiam świat przykryty świeżym śniegiem z jego pozytywna energia. Dzisiaj rano po śniegu nie było już śladu.

Mama zapisała się na szczepienie. Cieszę się, ze będzie miała to za sobą i ja tez mam nadzieje na tym skorzystać bo mam już serdecznie dość rezerwowania i odwoływania lotów do Warszawy.

Era wodnika

When the moon is in the Seventh House

And Jupiter aligns with Mars

Then peace will guide the planets

And love will steer the stars..

Moj absolutnie ukochany film Hair Milosa Formana i jedna z kultowych musikalowych piosenek. To nieważne, ze naukowo nie trzyma się ten tekst kupy. Jest piękny sam w sobie.

Podobno astrologicznie wchodzimy dzisiaj w erę wodnika. Bardzo się cieszę bo generalnie nie może już być gorzej więc jeżeli gwiazdy sobie postanowiły, ze będzie lepiej to ja się na to pisze. W Amsterdamie dzisiaj obrzydliwa pogoda. Ani zimno ani ciepło, pada deszcz i wieje. Myślę, ze jak w sam raz dla wodnika (tak miedzy nami – ja jestem zodiakalny Wodnik). Dzień wolny po weekendowym dyżurze. Poszłam z przyjaciółką (nauczycielka, malarka, opowiadacz historii) na spacer w deszczu. Umówiłyśmy się bo chciałam uzupełnić mój zapas jej przepięknych, ręcznie wykonanych kartek na każdą okazje. Myślałam, ze na okoliczność deszczu ze spaceru nici, ale gdy zapukałam do niej piec po jedenastej rano otworzyła mi ubrana i gotowa do drogi. Miałyśmy szczęście bo poranna mżawka była niczym w porównaniu z pogoda teraz. Tak więc pochodziłyśmy sobie po świecie i pogadaliśmy o życiu.

Teraz w ciepłym domu. Przygotowania do świat w powijakach. Zacznę od jutra. Święta będą minimalistyczne. Obiad u siostry Szanownego i reszta czasu na kanapie. Szpital szykuje się znów do wojny.

Tomek

Przeszło dwadzieścia sześć lat temu odebrałam rano, po dyżurze, telefon. Cześć, dostałem od Marcina propozycje wyjazu na sześć miesięcy do Holandii, ale wiesz buduje dom i teraz mi to tak nie bardzo po drodze. Pomyślałem, ze może to jest cos dla ciebie. Trzy tygodnie później siedziałam w samolocie do Amsterdamu. Tomek, mój kierownik specjalizacji. Tak to sie w moich rezydenckich czasach nazywało. Dal mi solidne podstawy zawodu, nauczył ciężkiej pracy i stal nie jednym z moich najważniejszych nauczycieli. Solidny, porządny lekarz, dobry i prawy człowiek . Przez lata po tym porannym telefonie wybudował dom, wychował dwoje dzieci, zrobil habilitacje i wypuścił w świat kolejnych anestezjologów.

W dzisiejszych czasach wiadomości docierają do nas szybciej niż błyskawica. W czwartek wieczorem najpierw od M. z polnocnej Holandii i prawie natychmiast od M. z Warszawy. Do późnej nocy rozmowy. Następnego dnia e-mail z listy mailowej Mamutow – nas, wychowanków z zakładu (potem) katedry anestezjologii AM w Warszawie.

I propozycja nekrologu:

6 listopada 2020 r. odszedł na swój ostatni dyżur 

Prof. dr hab. n. med. 

Tomasz Łazowski

Anestezjolog

Tomek zmarł na Covid-19. Mial 68 lat. Pogrzeb i pożegnanie zostana zaplanowane w przyszłości w spokojniejszych czasach. Mam nadzieje, ze bede wtedy mogla na nich być.

Dzisiaj (piątek 13 listopada) wróciłam wieczorem do domu i zapaliłam o 18:00 świeczkę. Razem ze wszystkimi kolegami (mamutami) z zakładu.

Swiatelko dla Tomka

Na rowerze

Na wiosnę kiedy w marcu i kwietniu było najwiecej pacjentów w szpitalu jeździłam bardzo dużo na rowerze. Po to żeby nie siedzieć w wiadomościach, po to żeby starać sie zachować dystans do rzeczywistości, żeby zamęczyć glupie myśli i panike covidowa. Częściowo mi sie to udawało. Latem zrobilo sie dużo lepiej i życie wróciło prawie do normy. Prawie, bo podróże, normalnie zaplanowane na rok z gory, trzeba było odwołać, albo wymyslec cos innego. Udało nam sie jesienią zamiast nurkować w Indonezji poleciec na Holenderskie Antyle. Bonaire (obok Curacao) jedyny zolty kierunek. Było pięknie, nierealnie i myślę, ze mieliśmy w tym momencie mase szczęścia, ze wylądowaliśmy (mentalnie) w oku cyklonu. Po powrocie deja vu z wiosny. Na szczęście w Holandii nauczonej doświadczeniem w początku roku organizacja w służbie zdrowia lepsza niż wtedy. Wiecej wiadomo, protokoły leczenia lepiej wystandaryzowane i mój szpital nie zatkał sie chorymi w tydzień. Nie wiadomo jednak jak to bedzie sie dalej rozwijało.

Wiosna patrząc na Polske i rozwój pandemii byłam szczęśliwa, ze nasz, zachodnio europejski scenariusz ja ominął. Mimo wielu lat poza zdaje sobie sprawe z wydolności polskiej sluzby zdrowia. Mam bilet na samolot do Warszawy. Lot za półtora tygodnia. Nie polece, bo u nas za dwa tygodnie jest przewidywany szczyt zachorowań, bo w Polsce nadal codziennie jest coraz więcej pozytywnie testowanych, bo nie chce niczego zawlec mojej prawie osiemdziesiecioszecio letniej mamie ani nie chce nic przywlec spowrotem. Nie chce sie wdawac w polityczne dywagacje na temat co sie dzieje dookoła decyzji o zaostrzeniu prawa do aborcji. Mam tylko nadzieje, ze obecna rzadzące partia i rząd beda odpowiadali za ludobójstwo.

Jeszcze sie troche łudze i odwlekam decyzje do weekendu, ale gdzieś tam w podświadomości wiem co zrobie.

Wczoraj w dzień wolny po dyżurze wsiadłam na rower i przejechałam 50 km. Żeby na chwile nie myśleć o niczym innym niż ścieżka rowerowa.

Po wyborach

Napisalam wczoraj kawalek tekstu i zgubilam go bo zajelam sie czyms innym. Bo o czym tu pisac. Rozczarowanie, ze komunizm ( jedna sluszna wladza) siedzi glebiej niz dwa pokolenia, ze mozna glos kazdego kupic za 500 zl, trzynasta czy czternasta emeryture, ze nie taka demokracje sobie wymarzylam. Chociaz Szanowny komentuje, ze to przeciez to jest demokracja. Smutne bo jezeli za trzy lata nastapi zmiana wladzy to ta nowa bedzie musiala wyczarowac te pieniadze na rozdawnictwo. Ale mysle, ze nie ma co plakac nad rozlanym mlekiem, albo roztrzaskanym na drobne kawalki Ipadem (co mi sie wczoraj przydazylo – facet nie zauwazyl mnie na sciezce rowerowej i wjechal w moja torbe z calym impetem). Mleko sie wytrze, nowy Ipad zamowiony. Zycie toczy sie dalej. Tylko dlaczego od paru dni slysze w glowie, w podswiadomosci, chichot Kaczora?